Wasze wspólne życie stanie się szczęśliwsze
To co wydarzyło w moim życiu, nawet ciężko opisać. Wszystko z sielanki zamieniło się w piekło i nie potrafię sobie z tym poradzić.
A było to tak...
28 października 2017 r. po zaledwie trzech dniach pisania na sympatia.pl, spotkałam się z Arkadiuszem. Udało nam się! Poznaliśmy się w sieci i jakoś przenieśliśmy tą znajomość do realnego świata. Zakochaliśmy się w sobie i bardzo szybko razem zamieszkaliśmy. Moje życie stanęło na głowie, bo do tej pory nie wiedziałam, co to obowiązki domowe. Chodziłam do pracy, jadłam, spałam, zumbowałam, wokół tego kręcił się mój świat. I nagle to się zmieniło. To ja zostałam kurą domową i to na mojej głowie był cały dom. I bardzo mi się to spodobało. Byłam szczęśliwa, nikt nie mówił mi co mam robić, uczyłam się gotować, byłam sobie sterem i okrętem. Zdawało się, że nic nie zakłóci tej sielanki więc postanowiliśmy przygarnąć psiaka. Zdecydowaliśmy się na mastifa tybetańskiego i jechaliśmy po niego aż do Warszawy. Trafił do nas 21 kwietnia 2018 r. jako dwumiesięczny pluszak, ale nie wszyscy go pokochali. Borys (brat Arka) stwierdził, że pies ma zniknąć, bo to agresywna rasa. Nabuntował też teściową i stanęliśmy pod ścianą. Niby mieszkamy sami, ale podwórko dzielimy z teściową i ze szwagrem więc musieliśmy się liczyć z ich zdaniem. Choć teściowa początkowo na psa się zgodziła i dopiero pod wpływem Borysa zmieniła zdanie. Bo gdzieś tam w Internecie jest jeden artykuł, że dwa albo trzy psy tej rasy, uciekły z hodowli i dotkliwie pogryzły dziecko. Tłumaczenie, że nawet york może zgłupieć i być agresywny, bo to wina właścicieli i złego wychowania, nic nie dawały.
Nie chciałam oddawać psa, bo nic złego nie zrobił, nic nie narozrabiał, a miał zostać ukarany. Ale nie chciałam też awantur. Dlatego brałam pod uwagę dwie opcje. Albo go z bólem serca odwieziemy spowrotem, póki jeszcze się do nas nie przyzwyczaił; albo wyprowadzam się razem z psem i wracam do rodziców. Prawdę mówiąc, nawet nie brałam pod uwagę, że Arek odejdzie z domu razem ze mną, ale tak się stało. Oboje spakowaliśmy swoje rzeczy i wprowadziliśmy się do moich rodziców, myśląc co dalej. Pies to żywe stworzenie, które ma uczucia i nie można go dawać z rąk do rąk jak pluszowego misia. Dlatego postanowiliśmy, że pies zostaje, a my, by mieć nieco prywatności, wyremontujemy sobie piwnicę i tam się wprowadzimy. W międzyczasie moja szanowna teściowa, gadała Arkadiuszowi, że go zmieniłam, że jestem dziewuchą co go buntuje i wieszała na mnie wszystkie psy. Tak też Arek nie wytrzymał i wygarnął jej wszystko co leżało mu na sercu. Że ciągle mi wypomina tuszę; że ciągle do nas dzwoni z pytaniem co robimy nie patrząc na to czy jest 15:00, 21:00 czy 1:00 w nocy; to, że to on jej pomagał przy dziadkach, a ona tego nie docenia i faworyzuje Borysa; to, że ma taki syf w domu, że jak przyjechała jej siostra z drugiego końca Polski, to jej nawet do domu nie wpuściła i to my musieliśmy ją gościć; to, że w ostatnich dniach naszego mieszkania z łaską odpowiadała na moje "dzień dobry"; to, że nie pozwoliła zabrać z ogrodu starych desek, które leżą już przed domem X lat, a z których Arek chciał zrobić budę dla Cypriana; to, że mimo naszej wyprowadzki, nie pozwala nam wynająć dołu domu, a Borys górę może. I wygarnął jeszcze wiele innych spraw, ale długo by pisać. Powiedział też, że nic od niej już nie chce i ma nie zapomnieć go wydziedziczyć.
I po tej rozmowie sytuacja była w miarę jasna. Rodzina skłócona, foch z przytupem, a ja to ta najgorsza. Dlatego zaczęliśmy robić demolkę w piwnicy i oglądać materiały budowlane by jakoś się urządzić. Miałam jednak straszne wyrzuty sumienia, że przeze mnie Arek wyląduje w piwnicy, ale na tamtą chwilę nie było innego wyjścia. Rozważaliśmy nawet kupno nieruchomości. Byłam pytać w banku o moją zdolność kredytową, ale nieruchomości w moim mieście są bardzo drogie. Nie mam nawet takiej zdolności kredytowej. Ale w okolicznych miejscowościach jest zdecydowanie taniej, nawet jeden dom mieliśmy na oku, ale ktoś nas wyprzedził. W związku z psem, mieszkania w bloku, które są sporo tańsze, zwyczajnie odpadają, a domy mają swoją cenę. Poza tym nie chcę mieszkać z dala od mojego miasta. Dla osoby takiej jak ja, bez prawka, to duży problem, bo jak tu wrócić z pracy do domu? A autem jeździć nie lubię i się boję. Próbowałam i wiem, że nie każdy jest do tego stworzony.
I po tej rozmowie sytuacja była w miarę jasna. Rodzina skłócona, foch z przytupem, a ja to ta najgorsza. Dlatego zaczęliśmy robić demolkę w piwnicy i oglądać materiały budowlane by jakoś się urządzić. Miałam jednak straszne wyrzuty sumienia, że przeze mnie Arek wyląduje w piwnicy, ale na tamtą chwilę nie było innego wyjścia. Rozważaliśmy nawet kupno nieruchomości. Byłam pytać w banku o moją zdolność kredytową, ale nieruchomości w moim mieście są bardzo drogie. Nie mam nawet takiej zdolności kredytowej. Ale w okolicznych miejscowościach jest zdecydowanie taniej, nawet jeden dom mieliśmy na oku, ale ktoś nas wyprzedził. W związku z psem, mieszkania w bloku, które są sporo tańsze, zwyczajnie odpadają, a domy mają swoją cenę. Poza tym nie chcę mieszkać z dala od mojego miasta. Dla osoby takiej jak ja, bez prawka, to duży problem, bo jak tu wrócić z pracy do domu? A autem jeździć nie lubię i się boję. Próbowałam i wiem, że nie każdy jest do tego stworzony.
Znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia. Niemalże każdego wieczoru zalewałam się łzami, bo już nie wiedziałam co mam robić. Arek się o mnie martwił, widziałam to, ale większość dnia spędzał w pracy i nie wiedział tak naprawdę w jakiej jestem sytuacji. Rodzice ciągle mi marudzili, że Arek nic w domu nie robi, że ciągle nie ma czasu, ale kuźwa on pracuje od 8:00 do 18:00. Czasami i dłużej. Nic dziwnego, że jest zmęczony. Więc pojawiły się ze strony rodziców teorie, że na pewno mnie zdradza. Do tego ciągle robili mi wyrzuty, że pies jest na ich głowie, że nigdzie razem wyjść nie mogą, a prawda jest taka, że ten pies śpi 20 godzin na dobę. Nawet jak zostawał sam, to nie robił żadnych szkód, niczego nie pogryzł. Więc jak szli na zakupy, to ten pies nawet nie zauważyłby ich nieobecności. Poza tym czepiali się o bałagan, mycie naczyń, pranie. Jadłam obiad, to wiadomo, że umyję dopiero jak zjem, ale mama widząc garnek w zlewie dostawała furii i robiła mi awanturę jak jadłam, czemu to nie pomyte. Albo pranie. Logiczne, że jak powiesiłam je przed pracą, to zdejmę dopiero jak z niej wrócę. Ale oczywiście wracałam z pracy, a pranie zdjęte i pretensje, że robią wszystko za mnie. A jak się udawało i chodziłam jak w szwajcarskim zegarku, to robili mi awantury, że zostałam kurą domową i się wykończę, bo Arek, w ich ocenie, mi nie pomaga. Sytuacja się nasilała każdego wieczoru, bo moi rodzice lubią zajrzeć do kieliszka, a jak wypiją, to żadne logiczne argumenty do nich nie przemawiają.
Byłam tym zmęczona. Wstawanie w nocy też nie pomagało. Cypek to młodziutki pies więc w nocy mnie budził na siusiu. Niewyspanie, obowiązki i ciągłe awantury. Potrafiłam płakać z byle powodu. Nawet jak coś mi spadło. Z Arkiem nie mieliśmy za grosz prywatności, bo w moim domu rodzinnym są pokoje przejściowe i by iść do łazienki, to trzeba przejść przez pokój rodziców, a by wejść do kuchni, to trzeba przejść przez mój. Był taki moment, że nie pamiętałam kiedy się ostatni raz kochaliśmy, bo moja pamięć tak daleko nie sięgała. Bałam się, że nasz związek na tym ucierpi. Miałam takie momenty, że chciałam cofnąć czas.
Brałam już wszystkie opcje pod uwagę. Myślałam nawet o tym by się rozstać z Arkiem, bo nie chciałam by żył w takich warunkach jak piwnica. Myśl o oddaniu psa też co jakiś czas się przewijała. I nagle, teoretycznie, pojawiło się wyjście z sytuacji. Mama Arka powiedziała, że mamy wrócić. Z psem. Ja jednak bardzo nie chciałam wracać. Bo to żadna frajda czuć się jak intruz. Cypek po raz kolejny miał mieć stres związany z przeprowadzką. I nie ukrywam, że bałam się i nadal się boję, że Borys coś zrobi Cypkowi, bo to on go najbardziej nie chce. Poza tym zrobiliśmy rozpierduchę w piwnicy u rodziców i mieliśmy to tak zostawić. Nie widziałam tego. Już sama nie wiedziałam czego chcę. Przyszedł nawet czas, kiedy nie miałam siły by żyć. I pewnie jakby nie Arek to ciężko by było. Ale zgodziłam się, wróciliśmy.
Nie jest różowo, ale o tym wkrótce.
Nie jest różowo, ale o tym wkrótce.
uffff.... przeczytałam.... strasznie dużo toksyn.... nie chcę doradzać bo zapewne nie znam wielu szczegółów ale przyznam że przykro czytać że przecież najbliżesze osoby mogą tak sie traktować.... jedynym sensownym rozwiązaniem jest najem, kupno i odcięcie się od toksycznych osób które wchodzą Ci na głowę. Z pozycji niezależnej osoby "nie musisz mieć czasu" na kontakty z kimś kto Ci nie odpowiada. Fajnie że mimo trudności jesteście razem i macie wiernego przyjaciela. Chętnie zobaczę fotki Waszego mastifa tybetańskiego :) pozdrawiam
OdpowiedzUsuńAni na najem ani na kupno nie ma aktualnie szans :(
UsuńW bloku, że względu na psiaka, nie możemy mieszkać, a najtańszy najem domku jaki udało nam się znaleźć to był koszt przekraczający moją pensję. A gdzie tu rachunki i życie jeszcze.
Póki co musimy jakoś przekoczować aż uda nam się coś odłożyć
A czemu blok odpada? nie musi to być opcja na stałe ale na chwile może być. Mastif to duży pies, ale chyba z tych ras co ze względu na kręgosłup nie potrzebuje dużo ruchu? Ja miałam psa w bloku i ani pies ani rodzinka nie narzekała :) A miałam owczarka niemieckiego długowłosego więc pies niewiele mniejszy od mastifa :)
OdpowiedzUsuń